Za flaszkę wódki

Dom Nadziei to sprawa życia lub śmierci.

Tak z pewnością było w przypadku tej czwórki trzytygodniowych szczeniąt. Ich życie wyceniono na flaszkę wódki.

 

Na stole stała pełna butelka wódki. Kat patrzył i zastanawiał się, kiedy lepiej wypić. Po wykonaniu przyjętego zlecenia czy przed, dla znieczulenia resztek człowieczeństwa, które się w nim zostało i właśnie się obudziło od płaczu dochodzącego z kartonu stojącego na ziemi. Płakała czwórka trzytygodniowych szczeniąt, chwilę wcześniej oderwana siłą od maminego cyca.  Przez człowieka zbyt prymitywnego żeby wzruszył go skowyt suki i płacz psich niemowląt. I zbyt tchórzliwego, by samemu zabić. Na szczęście. Szczęście tym razem przybrało postać dwóch kobiet z rodziny mężczyzny, który za flaszkę podjął się rozwiązać „problem sąsiada”. Problem, który teraz stał w kartonie i płakał. Sprawiając, że od godziny kat nie potrafił wykonać egzekucji. Nawet w przypływie wyrzutów sumienia wyjął z lodówki mleko, nalał na talerz, próbował nakarmić. Nie wiedząc, że takim maluchom bardzo zaszkodzi. Zresztą, co za różnica. I tak za chwilę umrą. Zabite szpadlem. Może zakopane żywcem. A może utopione. To są podstawowe metody rozwiązywania problemów niechcianych miotów. W każdym razie rozterka kata, być może spowodowana tym, że szczenięta nie były już ślepe, sprawiła, że wciąż siedział na ławce i dumał nad kartonem pełnym szczeniąt kiedy niespodziewanie wpadły z wizytą dwie krewne. Gdy zobaczyły szczenięta, szybko wydusiły prawdę z człowieka, który miał je zabić. Nie zastanawiały się. Karton z dzieciakami pod pachę i zaczęły szukać pomocy. Najpierw u bardzo znanej w całym radomskim działaczki pro zwierzęcej, związanej z radomskim schroniskiem. Dała im  kontakt do Domu Nadziei, bo co robić ze szczeniętami które formalnie mają właściciela…do schroniska trafiają bezdomne. Dom Nadziei, ten w popadający w ruinę, ledwo stojący. żebrzący o ratunek oczywiście nie powinien już żadnego zwierzęcia przyjmować. Ale w tej sytuacji nie można było podjąć innej decyzji- w sobotę szczenięta przyjechały do nas. Szczenięta o wiele za małe by je odłączyć od matki. Zaczęła się walka o wydobycie suki z rąk jej okrutnego właściciela. W niedzielę udało się ! Wspaniałe dwie pomocniczki Szczęścia wydobyły za drugą flaszkę dane zleceniodawcy zabójstwa i pojechały odebrać sukę. Prośbą i groźbą (doniesienie na policję, że zlecił zabicie szczeniąt) udało się ją odebrać. Przyjechała już z początkami zapalenia gruczołów mlecznych. Zrezygnowana, wystraszona, cicha. Nie wierzyła, że odzyskała dzieci. Nie było szaleńczej radości, było obwąchiwanie czy to na pewno jej. Potem zabrała się za pielęgnację swoich maleństw. Ale najpierw spojrzała na nas wszystkie wzrokiem, którego nie da się do końca życia zapomnieć. W tym wzroku była czysta, tysiącprocentowa wdzięczność.

Ta historia mogła się tak właśnie skończyć tylko dzięki temu, że miałyśmy ją gdzie przyjąć. Jeżeli Dom Nadziei runie, nie będziemy mogły zapobiec takim tragediom. A runie, jeśli natychmiast nie zacznie się remont. Na to jest zbiórka. Nie pozwól, by zabrakło twojej pomocnej  dłoni wspierającej datkiem ratowanie życia zwierzętom skazanym na śmierć. Obojętność i bezczynność zabija. Z taką samą siłą jak ostrze szpadla.

https://www.ratujemyzwierzaki.pl/budujemydomnadziei

PS jeśli ktoś chce poświęcić swój czas i pieniądze na założenie sprawy właścicielowi suki i szczeniąt, to prosimy o kontakt na priv. Wesprzemy. My nie mamy ani środków finansowych, ani mocy przerobowych, ale bardzo chętnie dołączymy się do postępowania, jeśli ktoś podejmie się takie wszcząć.