Beneficjenci pierwszej edycji pechowców, czyli istnienia ocalone dzięki waszym darowiznom

Oto one – psy i koty, którym pomogliście:

Dygotka – mikropsinka staruszka uratowana z krajowej drogi przez p. Wojtka kierowcę Tira. Grzeje dupkę w swoim domku.

 

 

Maja – szczeniak umierający w rowie, 500 m od schroniska. Podrzucony wraz z siostrą przez „kobietę w kaloszach” koło gospodarstw. Siostra się nie ruszała z miejsca, więc szybko ją znaleziono, a Majeczka poszła szukać pomocy. Weszła na podwórze jednego z domostw, przepędzono ją. I tak zaczęła się tygodniowa tułaczka maleństwa, która zakończyłaby się jej śmiercią, bo w momencie gdy ją przypadkowa osoba znalazła w tym rowie Maja już się nie ruszała. W międzyczasie okazało się, że kobieta w kaloszach to prawdopodobnie teściowa jednego z okolicznych mieszkańców. Zabrała szczenięta by ich zięć nie zabił… Wydawało się, że jest złym człowiekiem, porzucającym psie dzieci, a ona na próbowała je ratować przed śmiercią, tak jak umiała. Informacje nie potwierdzone, ale taka właśnie kobieta chodzi w kaloszach non stop w okolicy, a zięć znany z nadużywania i związanego z nim okrucieństwa i brutalności wobec najbliższego otoczenia.

Majusia ma już własną kanapę. Miejmy nadzieję, że koszmarny początek życia wymazał się w jej pamięci.

 

 

Łapka – Kotka z przetrąconą łapką – łapkę trzeba było amputować. Ale i jako trójłapek znalazła kochający dom.

 

 

Aria– szczeniak wyrzucony przy S7, uratowana od śmierci pod kołami przez cudzoziemca, który dla niej przerwał swoją podróż na południe Polski i zawrócił do Radomia, do naszej lecznicy, skąd odebrałyśmy maleńką. Dzisiaj już na własnej kanapie zapomina o koszmarze bezdomności.

 

 

Mei i Mia– matka z córką ROK koczowały w zimnie i upale, deszczu i śniegu na łąkach pod Zwoleniem. Dokarmiane były, ale nikt, mimo licznych błagań o pomoc, pod dach ich nie przygarnął. Dopóki nie dowiedział się o nich Dom Nadziei. W ciągu tygodnia obie były bezpieczne w Domu Nadziei, matka następnego dnia , a córkę trzeba było złapać najpierw, bo mały dzikus bał się ludzi, więc dołączyła po siedmiu dniach. Ale to nie wszystko- były tak ze sobą zżyte, że okrucieństwem byłoby je rozłączać. I udało się!!! Znalazły razem swoją kochającą rodzinę i razem przeniosły się na jedną, wspólną, własną kanapę. Obyło się bez łamania serduszek rozdzieleniem rodziny!!!

 

 

Dusia – przykuta do rozwalonej budy, urodziła w dołku wykopanym w gołej ziemi. Jedno dziecko zmarło z wychłodzenia, pozostałą dwójkę i matkę uratowałyśmy. Nie tylko od śmierci, ale od powolnego umierania jako psy łańcuchowe pozbawione podstawowych praw jak prawo do ochrony przed zimnem, upałem, deszczem i śniegiem. O spuszczaniu z łańcucha już nawet nie ma co wspominać- martwe prawo, bo łamanie jest trudne do udowodnienia.

Odchowane przez Dom Nadziei, pojechały do zaprzyjaźnionej fundacji, która zajęła się ich adopcją. Dzieci już na własnych kanapach, Dusia nadal czeka na własnego człowieka.

 

 

Bezimienny psiak w typie TTB – młody, ale potwornie wyniszczony, błąkał się po wiejskich drogach w naszej okolicy. Zabezpieczony przez nas, przejęty przez fundację w drugim końcu Polski. Wasze darowizny sfinansowały jego szybki transport do bezpiecznej przystani.

 

 

Bezdomna kotka z czwórką ślepych jeszcze kociąt. Nierozważnie wybrała na miejsce porodu zakamarek gospodarstwa pełnego psów agresywnych wobec kotów. Gospodarze odkryli dzikich lokatorów w środku nocy i prosili Dom Nadziei o natychmiastową pomoc. Oczywiście Dom Nadziei zareagował. Biedna kocia matka była przekonana, że ludzie chcą (znowu?) skrzywdzić jej dzieci. Wzięła jedno w pyszczek i wciąż jeszcze w połogu próbowała uciekać, by choć to jedno ocalić. Łzy nam płynęły same na ten widok. Jakie niewypowiedziane koszmary i okrucieństwa tkwią w pamięci tych zwierząt….

Maluchy i mama zostały odchowane i po kliku tygodniach pojechały do zaprzyjaźnionego DT w którym zrobiło się nieco więcej miejsca niż u nas.

 

 

Duffny – śliczny ośmioletni mały piesek wszedł za kurierem na podwórze Domu Nadziei i poprosił o azyl. Prawdopodobnie ktoś go porzucił w naszym sąsiedztwie, w nadziei, że go przygarniemy. I tak się stało. Duffny jest gotowy do adopcji. Nie widzi na jedno oko.

 

 

Bimber – maleńki york maszerujący brzegiem lokalnej drogi… Wyglądał jak samojezdny mop, taki był zarośnięty. Po wizycie u groomera okazało się jaki z niego rasowy amant. O dziwo, nikt go nie szukał.

Bimber znalazł własny kochający dom. Ale jeszcze w trakcie pobytu u nas dał radę uciec. Dzięki temu w trakcie poszukiwań (zakończonych ostatecznie sukcesem) , natrafiliśmy na Rozę, kolejną sunię przemierzającą wiejskie bezdroża- bez domu, bez nadziei na poprawę losu. I mogliśmy jej dać jedno i drugie dzięki tej zbiórce.

 

 

Psotka – 5,5 kg mikropsiny na łańcuchu cięższym od niej samej. Wypatrzone w wiejskim gospodarstwie przez dziewczynę, której nie był obojętny los tego maleństwa. Nie odwróciła oczu, nie wymazała z pamięci, uporem i siłą perswazji wydobyła psinkę z koszmaru i tak długo szukała dla niej domu, aż znalazła. Dom Nadziei. Szukamy dla niej domu

 


Klusia i brat – całe życie na łańcuchu. Psiaki nie ważące nawet 10 kg… Ich właściciel nie zatroszczył się o nie nawet wyruszając w swoją ostatnią podróż. Z łańcucha nie spuścił, rodziny nie poprosił o opiekę. Gdyby nie presja wiejskiej społeczności, spadkobiercy by je zagłodzili byle przejąć gospodarstwo bez uciążliwej części spadku…. A tak psinki już bezpieczne- Klusia u nas, jej brat w zaprzyjaźnionym domu tymczasowym

 

 

Bisia – wrócił człowiek z pracy w Niemczech do swojego domu. I odkrył dzikich lokatorów, sunię z trójką szczeniąt. Szczenięta naprawdę dzikie, bo nie znające człowieka. Matka drobniutka, miała wiele szczęścia że poród jej nie zabił. Dzieciaki w wieku niecałych 3 miesięcy ważą już tyle co mama. Albo i więcej. Wszystkie bezpieczne w Domu Nadziei, Bisia wysterylizowana. Cała rodzinka gotowa na własne kochające kanapy.

 

 

Saba i jej czwórka maluchów – oderwano jej od płaczącej matki gdy miały zaledwie trzy tygodnie. I zaniesiono do sąsiada by za flaszkę wódki ostatecznie rozwiązał problem niechcianego miotu. Nie zdążył dzięki dzielnym kobietom ze swojej rodziny. Maluchy trafiły do nas w sobotę, w niedzielę dołączyła do nich matka, Saba. Dzielne panie wydobyły z niedoszłego kata dane zleceniodawcy i sobie tylko znanymi sposobami przekonały tego okrutnika do oddania suki. No ok, trochę im Dom Nadziei podpowiedział, co mówić 😊

Te zwierzęta mogłyśmy przyjąć pod opiekę, zabezpieczyć weterynaryjnie i leczyć dzięki waszym darowiznom. I dzięki temu, że mamy własny Dom Tymczasowy. O ten dom walczymy z czasem. Bo rozsypuje się.

Nasze zwierzaki, te uratowane dzięki twojemu wsparciu dziękują ci z całego serca i proszą byś miał także pod opieką dom, w którym znalazły ratunek, Dom Nadziei

Tu zbieramy na jego ratunek: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/budujemydomnadziei