Jeszcze niedawno to cztery kilo psa powłócząc ciężkimi dredami, potykając się o własną skołtunioną sierść, pilnowało krów. To były jego jedyne kumpelki. Spał z nimi latem na pastwisku, zimą w oborze, bo w jego wielkiej, jak dla owczarka, za to nieocieplonej budzie hulał wiatr. Trzaskał poobijanymi garnkami, w których pleśniało rozmoknięte jedzenie, i stała stęchła woda. Dzisiaj Dom Nadziei jest gotowy do wypuszczenia w świat, na własną kanapę, kolejnego ocalonego z koszmaru zwierzaka. Lucusiu, teraz przed tobą już tylko słoneczne dni.